Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaniel. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2015

Od Nathaniela "Czy my się już nie poznaliśmy?" cz. 6 (cd. Lukradis)

Pytanie Lukardis odrobinę mnie skonfundowało. Jakby się głębiej zastanowić... Skądś ją kojarzyłem. W końcu osób o tak nieprzeciętnej urodzie chyba prędko się nie zapomina? Luk natomiast po prostu nie da się zapomnieć. I stwierdzając to nie mam wyłącznie na myśli jej zniewalającego wyglądu. Dla mnie ma też cudowne wnętrze. Szkoda, że uważa, iż ja jestem tylko egoistycznym dupkiem... Chociaż, może naprawdę jestem tylko nim? Lecz gdzie ja mogłem ją spotkać?
Rozmyślaniu przeszkodziła mi nagła gorycz. W końcu niespodziewanie ją obraziłem. Jednak rozmowa ze mną tylko ze względu na jakąś nietypową odmianę współczucia nie spełni moich ambicji. Mam swoją godność, pomimo cholernej ochoty na prawdziwą konwersację. Westchnąłem, przerywając tym samym krótką chwilę idealnej ciszy.
- Nie oczekuję od ciebie łaski, Lukardis. Skoro nie chcesz przebywać w moim towarzystwie z własnej woli, zmuszony jestem się z tym pogodzić. - uśmiechnąłem się pokrzepiająco, chociaż uśmiech ten nie doszedł do smutnych, lekko zamglonych oczu. Chwyciłem swoją błękitną torbę i ruszyłem do wyjścia zakładając wcześniej kaptur bluzy na głowę, gdyż deszcz postanowił dziś wykorzystać pełnię swoich możliwości.
- Co ty zrobiłeś, idioto. - skomentowałem do siebie, kiedy znalazłem się wystarczająco daleko jej domu. Na moją niekorzyść, Sowia Chatka znajdowała się po drugiej stronie królestwa, więc razem ze spadającą wodą, po moim ciele spłynęła ogromna ilość własnych, wymyślnych obelg.

< Luk? Przepraszam, blokada tej mojej twórczości spadającej na dno oceny poniżej przeciętnej >

sobota, 14 marca 2015

Od Nathaniela "Czy my się już nie poznaliśmy?" cz. 4 (cd. Lukradis)

- Jako monetę przetargową mogę zaproponować samego siebie. - zamruczałem gardłowo, zbliżając się odrobinę do mojej nauczycielki. Może jest trzy wilcze lata starsza... Właściwie to całkiem spora różnica, ale było w niej coś takiego, czemu nie mogłem się oprzeć. Pewnie to tylko pseudogłębokie słówka o znaczeniu równie wielkim jak aglet w sznurówce, jednak naprawdę czułem coś do Luk.
- Raczej nie przystanę na tą propozycję. - prychnęła niewzruszona.
- Więc może... Kolacja? - byłem świadomy tego, że naciskałem. Że zachowywałem się niekulturalnie, a ona miała prawo do tego, żeby odmówić.
- Z płatkami róż porozrzucanymi po stole, wymyślnymi potrawami i unoszącym się zapachem duszących kwiatków? - burknęła zniesmaczona.
- Jeżeli sobie tego życzysz, dla ciebie wszystko. - z uśmiechem na ustach wyobraziłem już sobie pokój pomalowany dla niej na czerwono, wypełniony bukietami i serduszkami z papieru. Lukardis jednak nie była tak optymistycznie nastawiona do tego pomysłu, więc wyrwany z marzeń wypaliłem nagle, jakby sobie o czymś przypominając - Przepraszam. Jestem zbyt nachalny. - gwałtownie opuściłem głowę i chowając dłonie do kieszeni wyszedłem z klasy. Zachowałem się jak dziecko, to idiotyczne. To dopiero pierwsza lekcja, a ja już miałem ochotę się zmyć. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Z miną naburmuszonego niemowlaka, któremu właśnie został odebrany cukierek wyruszyłem do pobliskiej kawiarni. Usiadłem przy stoliku stojącym w kącie i rozejrzałem się wokół. Mój wzrok przykuła jedynie zmierzająca w moim kierunku osoba.
- Cześć młody! - zachichotała Lucy niszcząc moje uczesanie, zupełnie tak, jakby celem jej życia było czochranie moich włosów przy każdym spotkaniu.
- Czemu zawsze spotykam cię w kafeteriach? - westchnąłem na powitanie. Właściwie liczyłem na ujrzenie brunetki: to była jedyna osoba, z którą mogłem naprawdę porozmawiać.
- Wiesz jak to jest z metalem przyciąganym przez magnes? Tak właśnie działa na mnie kawa. - stwierdziła jakby to była najnormalniejszy fakt we wszechświecie, co dla mnie nie było niczym wyjątkowym ani tym bardziej dziwnym, bo już nie raz mówiła mi takie rzeczy.
- Naturalnie. Czego się napijesz? - spytałem wbijając wzrok w menu.
- Natuś, oboje wiemy, że nie masz kasy, ja stawiam. - i choć nie brzmiało to jak obelga, poczułem się urażony. - Oj, nie obrażaj się Nati. Skoro tak bardzo chcesz za mnie zapłacić, proszę. - to mówiąc położyła na stole wyjętą z torebki kopertę. Dobrze wiedziałem co się w niej znajduje, lecz odepchnąłem ją tylko w jej stronę.
- Nie wezmę tych cholernych pieniędzy. - syknąłem zdenerwowany.
- Więc wolisz sypiać pod mostem? Wiesz, gdzie ja kiedyś skończyłam... Nie pozwolę ci powtórzyć tego błędu. Zabierz je. - powiedziała tonem tak stanowczym, że zjeżyły mi się włoski na karku. Wtedy właśnie po raz drugi w życiu w jej wesołych, zamyślonych oczach o złotym kolorze dostrzegłem smutek. Zawsze, kiedy wspomniała o swojej przeszłości pociągała nosem i chowała twarz za bujną czupryną. Nienawidziłem oglądać jej w takim stanie.
- Niech ci będzie. - powiedziałem unosząc jej podbródek na tyle, żeby zmuszona była na mnie spojrzeć. - Ale jeśli jeszcze raz zobaczę jak się smucisz, pójdę do niego. Zabiję go. Rozumiesz? - zawarczałem starając się zabrzmieć poważnie. Wiedziałem, że nie dam rady skrzywdzić Sinoday'a. Przeciwnie, to on gotów jest zamordować mnie bez skrupułów.
- Jesteś podobny do matki, wiesz? I nie umiesz kłamać. - uśmiechnęła się pokrzepiająco. Zgiąłem kopertę wpół i schowałem do kieszeni spodni.
- A ty nie umiesz pocieszać. - burknąłem i skinieniem dłoni przywołałem kelnerkę, która spijała zaniepokojona z ust Lucy nasze zamówienie. Moja brązowowłosa towarzyszka wypowiedziała nazwy tak ekstrawaganckich napojów, że bałem się o tą biedną, Bogu winną dziewczynę.
- Więc? Jaka teraz wpadła w twoje sidła? - spytała Lucy. Prędzej czy później nasze tematy zawsze schodziły w tym kierunku.
- Szkoda gadać... -
- Uuu, kroi się coś poważniejszego. Opowiadaj. - z szerokim uśmiechem uderzyła mnie delikatnie łokciem w żebro. Spochmurniałem, biorąc łyk otrzymanej małej czarnej.
- A jak tam twój ukochany? - trafiłem w samo sedno. Na moje szczęście łatwo było odwrócić jej uwagę, bo po sekundzie zaczęła się tłumaczyć, że nie ma żadnego faceta i nie jest w nikim zakochana, przybierając przy tym odcień purpury. Później jednak zmieniła temat wzdychając do wyimaginowanego obrazu jakiegoś szatyna. Oczywiście zainteresowało mnie to tak bardzo, że gdyby nie mocny wstrząs z jej strony padłbym jak długi na podłogę pogrążony w mocnym śnie.
- Żyjesz? - spytała, kiedy całkowicie się ocknąłem.
- Opowiadaj facetowi o urodzie drugiego faceta i spodziewaj się zainteresowania z jego strony. - ziewnąłem sarkastycznie, przeciągając się.
- No dobrze... Skoro ci aż tak przynudzam to lecę. - wstała zabierając się powoli do wyjścia.
- Żartowałem przecież! - usprawiedliwiłem się z grymasem przyglądając się jej przygotowywaniom.
- Ale ja nie. Trzymaj się Nati. I nie chcę już dostawać informacji, że masz sprawę w sądzie za gwałt. - cmoknęła mnie w czoło przeczesując krańce niebieskich pasm i wyszła, zanim zdążyłem fuknąć, że byłem niewinny.

<Luk? Przepraszam, jestem gotowa klęczeć na grochu za karę~ >

czwartek, 5 lutego 2015

Od Nathaniela "Czy my się już nie poznaliśmy?" cz.2 (cd. Lukradis)

- Starsza? Poważnie? Nie powiedziałbym… Ja po prostu lubię uraczać towarzystwem tak intrygujące damy jak ta, na którą teraz patrzę. – stwierdziłem, posyłając jej szelmowski uśmiech. Dziewczyna w odpowiedzi wdychając głośno powietrze utkwiła z nosem w książce.
- Chyba nie uraziłaś się za komplement? A ja się tylko dosiadłem, przecież nie proponuję nic, a tym bardziej nic niemoralnego. – w moim głosie pojawiły się iskierki rozbawienia.
- Ale stawiam, że o tym pomyślałeś. – przewróciła oczami.
- Ale to ty zaczęłaś. – sprostowałem naśladując lekko jej ton. Znowu zapatrzyła się w trzymaną księgę i uporczywie czytała, co skwitowałem śmiechem.
- Mam nadzieję, że ten spis treści cię zaciekawił, bo zaraz przypłacisz to okularami. – wstałem powoli, przypominając sobie, że jestem kompletnie nieprzygotowany na jutrzejszy dzień. Glory „uprzejmie” poprosił mnie o uczęszczanie do szkoły. Na samą myśl o jego osobie mam ciarki. I jak tu umawiać się z córką króla? Cóż, niedługo kończy się rok szkolny, a ja będę oficjalnie dorosły.
Dziewczyna zerknęła na mnie, w duchu pewnie ciesząc się, że znikam z jej zniewalających ocząt. Ja jednak uklęknąłem jeszcze obok, przybierając pozę nieszczęśliwie zakochanego chłopaka oświadczającemu się swojej ukochanej i wyczarowałem na otwartej dłoni niezwykłej urody zakładkę w kształcie róży.
- Powinna ci się przydać. – mruknąłem odkładając upominek na jej kolanach, a kiedy cofałem rękę, schowałem za ucho jej pasmo lokowanych, przyjemnych w dotyku włosów i zanim zdążyła zareagować odleciałem na eterycznych, niebiesko-zielonych skrzydłach.
***
Następny dzień skończył się wyjątkowo późno, a rozpoczął jeszcze wcześniej.
- Co to do cholery ma być?! - wzdrygnąłem się na jakże obrzydliwy w tym momencie dźwięk budzika. Uderzyłem zdenerwowany dłonią guzik służący do wyłączania, prawie niszcząc przy tym upierdliwy przedmiot. Biegiem wziąłem prysznic, niedokładnie wysuszyłem włosy, ubrałem coś czystego (starannie szukając czegoś czystego w kupie ciuchów pod ścianą) i chwyciłem spakowany wczoraj plecak. Znów wzniosłem się na utworzonych skrzydłach i pofrunąłem do miejsca tortur młodzików, słowa mrożącego krew w żyłach – szkoły. Równie dobrze mógłbym po prostu pobiec, ale chciałem jakoś normalnie wyglądać, nie licząc rozmemłanej koszuli i wilgotnych jeszcze włosach.
Od razu po wylądowaniu przytłoczyła mnie ilość uczniów. Wszyscy mieli własne sprawy na głowie i Bogu dzięki nie zwrócili uwagi na nowego. Ja sam chwilę poświęciłem grupce moich rówieśniczek zerkających na mnie ukradkiem, jednak odepchnął mnie ich wygląd – wymalowane, rozkapryszone nastolatki. A ja? Chyba ulepiono nas z tej samej gliny, a oceniam je tak subiektywnie. Cóż… Odpychając od siebie negatywne myśli ruszam głębiej w stronę korytarza. I nagle zauważam cudowną dziewczynę spotkaną wczorajszego popołudnia. Szturcham jednego z młodszych uczniów pytając jaką funkcję pełni w szkole.
- To dyrektorka. – odpowiada zdziwiony moim pytaniem i wraca do swoich obowiązków. Sam stałem chwilę zdezorientowany, wpatrując się w zadowoloną z siebie Zimną Kobietę.
- Dzień dobry, Pani Dyrektor. – podszedłem do niej, kiedy wydarłem się już ze stanu osłupienia i z uśmiechem przeczesałem włosy.

<Luk? XD>

sobota, 3 stycznia 2015

Od Nathaniela "Nie pamiętam" cz.2 (cd. Karibu lub Mahõ)

Otworzyłem niechętnie zaspane oczęta po nagłym ataku budzika na uszy. Pięścią uderzyłem hałaśliwe urządzenie i po kilku powtórkach słów "jeszcze pięć minut" wstałem przeciągając się powoli. Zerknąłem na godzinę w telefonie. Wskazywał 13:00 dnia 20 grudnia... Zaraz, zaraz... Dzisiaj nie były czyjeś urodziny? Podrapałem się po czuprynie i przeczesując ją odrobinę w zamyśleniu.
- Przecież obiecałem Arkadii, że pójdę z nią na spacer. - ocknąłem się po dłuższej chwili i pobiegłem się w coś ubrać. Przebierałem trochę w wymieszanych ubraniach aż znalazłem jakąś wyprasowaną koszulę w czerwoną kratę i czarne spodnie. Jako nakrycie wierzchnie założyłem bluzę. Pozostawiając niezakluczony dom sprintem ruszyłem do Parku Eskpisoliowetios'a. W końcu nie mam w mieszkaniu nic, co zainteresowałoby złodzieja, więc niespecjalnie się tym przejąłem. Jako iż były to ostatnie dni na zakup prezentów i przekąsek na wigilijne świętowanie, ulice były zakorkowane, a ja, żeby nie czekać wybrałem się na wycieczkę po dachach budynków. Parkour to jedyna umiejętność, jaką uwielbiałem wykonywać pod surowym okiem ojca. W końcu zeskoczyłem na twarde podłoże lądując w koszu wypełnionym zaskakująco miękkimi workami na śmieci. Otrzepałem się z kurzu i wyszedłem z zaciemnionej uliczki. Właśnie zmieniłem się w wilka będąc już w drodze do miejsca spotkania, kiedy zaczepiła mnie urocza, czarnoróżowa istotka, oskarżając mnie o spóźnienie na "wybłagane" wyjście.
- Oj, przepraszam no... Zaspałem. Masz ochotę na spacer teraz? - przymilałem się.
- Dobra. - warknęła i ruszyliśmy milczący w stronę parku. Gdy tam dotarliśmy, zaczepiła nas zakrwawiona, wątła waderka. Spanikowany obdarzyłem swoją towarzyszkę przestraszonym wzrokiem.
- Trzeba przenieść ją do szpitala. - stwierdziła oglądając ranę na boku.
- Nie ma na to czasu, zaniosę ją do hotelu, a ty znajdź bandaże i jakiegoś medyka. - powiedziałem jednym tchem, po czym wziąłem ją na grzbiet i otrzepując delikatnie futro wyczarowałem sobie eteryczne skrzydła. Wzniosłem się w powietrze, osiągając niewyobrażalną prędkość. Po dłuższej chwili byliśmy już w Knajpie Zagubionego Wędrowca. Tam czekała na nas zmartwiona Mahõ.
- Co ty tu robisz? - spytałem lądując.
- Żaden lekarz nie był dostępny, więc przyszłam. Zaprowadźmy ją do pokoju. - zadecydowała. Stan małej się chyba pogarszał, bo czułem jej przyspieszony oddech na grzbiecie, więc posłusznie słuchałem Flory. Ta delikatnie ściągnęła ją z moich barków i ułożyła na łóżku. Później otuliła ją zieloną aurą swojej mocy. Mała po ociągających się minutach obudziła się.

<Karibu, Mah?>

Od Nathaniela "Nowy rok" cz.4 (cd. chętny)

- Jasne, Księżniczko. - zaśmiałem się do słuchawki. Chwilę potem zeskoczyłem z dachu jakiegoś banku, lądując tuż za nią.
- To może pomogę jeszcze z plakatami? - zaproponowałem rozłączając się.
- Dziękuję. - podała mi pliczek kartek informujących o imprezie sylwestrowej. Przeczytałem jedną z nich.
- Nieźle się zapowiada. - stwierdziłem, maszerując z Mahõ do następnego budynku, na którym chciała powiesić to obwieszczenie.
- Emm, Księżniczko...? - zacząłem odrobinę zawstydzony. Dziewczyna obdarzyła mnie spojrzeniem przyklejając plakat. - Spędzisz ze mną tego sylwestra? - uklęknąłem ze zmaterializowanym bukietem białych róż.
- Jasne, ale błagam, wstań, bo to dziwnie wygląda. - zaśmiała się wyciągając rękę w moją stronę. Chwyciłem ją i podciągniąłem się. Wstałem tuż obok niej, po czym opuściłem odrobinę głowę, by spojrzeć jej w oczy. Staliśmy tak chwilę, aż z uśmiechem odsunęliśmy się od siebie.
- Dobra, lecę je porozwieszać. - wyczarowałem eteryczne skrzydła. - widzimy się jutro! - dodałem wznosząc się w powietrze, zostawiając po sobie tylko zielononiebieską poświatę.

<chętny ktoś?>

piątek, 26 grudnia 2014

Od Nathaniela "Dołączam, śliczna cz. 8" (Cd. Mahō lub Glory)

Siedziałem z błogim spokojem opierając się o zimną, kamienną ścianę lochu. Bardziej przejąłem się tym, że jedna z dwóch misek, obojętnie która, służyła jednak do przechowywania wody, ale aktualnie nie spełniała swojego celu, gdyż była kompletnie pusta, a rano ważniejsza byłaby kojąca, przezroczysta ciecz niż powieszenie na stryczku. Pewnie skończy się na tym, że zaspokoję duszące pragnienie lizaniem wilgotnych od niskiej temperatury krat. Nie niepokoiłem się przybliżającym widmem żałosnej śmierci za podrywanie Księżniczki. Gdybym dostał grosz za każde „dokładne” zwiedzanie więzienia miałbym… Co najmniej dwa grosze. To i tak niezły wynik, bo jestem już zupełnie ogołocony z pieniędzy, dodatkowo wiszę fortunę tej słodkiej barmance. Znudzony przeciągającym się pobytem w celi, który trwał już najdłuższe w moim życiu dwie minuty zacząłem warstwowo tworzyć nieodłączny przedmiot towarzyszący każdemu zbrodniarzowi – harmonijkę ustną. Przynajmniej strażnicy zapamiętają mój jakże piękny akompaniament przy nużącej pracy. Podczas pierwszego pobytu w kiciu nauczyłem się najpopularniejszej, więziennej melodyjki, którą teraz odgrywałem, nucąc na prędko sklejone słowa.

Czuję się jak kundel
Smutno mi i źle,
A Księżniczka nawet
Nie cmoknęła mnie!
Teraz siedzę w pace
Nikt nie słucha mnie,
A przed śmiercią powiem
„Księżniczko, kocham cię!”


Dobrze, że przed śpiewaniem kolejnej zwrotki powstrzymał mnie czyjś męski, ciężki głos krzycząc:
- Ciszej z tym jazgotem! – bo nie wiem jakie bzdury dodałbym po pijaku, byle tylko zrymować wersy. Zza zakratowanego okna zaczęły powoli zerkać pierwsze promyki zwiastujące ostatnią w moim życiu jutrzenkę.
- Dobrze Nati – mruczałem sam do siebie – trzeba się jakoś uwolnić… - wpadłem na zmącony jeszcze alkoholem pomysł o stworzeniu eterycznej wsuwki w celu otworzenia zamka. Wygiąłem mieniącą się wiązkami koloru ozdobę do utrzymywania włosów w ładzie i wetknąłem do jedynej prócz strażników, króla, reszty więźniów, grubych ścian, czarnego basiora, który odprowadzał Mahō, prawdopodobnie królowej… O czym to ja? A tak, o jedynej przeszkodzie stojącej mi na drodze do wolności. No więc kręciłem tak prowizorycznym wytrychem wpatrzony w niego jak w obrazek, z wywalonym na wierzch językiem. Nie zauważyłem nawet, jak po drugiej stronie wadera w ciemnym kapturze zasłaniającym oblicze otworzyła zamek prawdziwym kluczem. Gdy już chciałem wykrzyczeć dumny, że udało mi się, ona zatkała mi usta łapą, wtedy uświadomiłem sobie kto naprawdę mnie uwolnił, i że mogłem po prostu wyczarować klucz. Wyszedłem z celi najciszej jak umiałem, moja wybawczyni zmieniła formę na ludzką. Widząc jej błyszczące włosy w kolorze czekolady, delikatne rysy, lekko zadarty nosek i piękne, głębokie, niebieskozielone oczy wręcz się w nich zatraciłem, dopiero ona sprawiła, że się ocknąłem pstrykając palcami przed moim pyskiem. Wtedy również przybrałem człowieczy wygląd, zamknąłem delikatnie kraty i stworzyłem swojego eterycznego sobowtóra, który leżał w jednej pozycji na wymiętolonej poduszce, która przeżyła mnie co najmniej dwukrotnie. Dziewczyna chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do jakiegoś korytarza. Dziwiłem się, że rozpoznała drogę, bo dla mnie ten loch bardziej przypominał labirynt Minotaura. Zatrzymaliśmy się przed ślepym zaułkiem i już chciałem zawracać, gdy ona palcem wyrysowała na prostokątnej, szarej cegle jakiś nieznany mi symbol. Ściana powoli rozsunęła się z cichym zgrzytem i sypaniem się tynku. Niechętnie ruszyłem do wnętrza wąskiego, ciemnego korytarza, nawet, gdy Flora zapaliła przebywającą na jego początku pochodnię.
- To królewski bunkier. Idź dalej tą drogą, a wyjdziesz w kanałach na krańcu wzgórza, poza terenami królestwa. Dalej dasz sobie radę. – podała mi jedyne źródło światła z lekkim uśmiechem.
- Mahō… - zacząłem niepewnie. – A możesz pójść ze mną, do końca tego tunelu? – wyszczerzyłem się drapiąc nieśmiało po głowie.
- Czemu? – spytała dociekliwie mrużąc śliczne oczy w moim kierunku.
- Bo widzisz… Mam klaustrofobię. – wyszeptałem zawstydzony. Moja towarzyszka zachichotała cicho, a tajemnicze przejście zamknęło się za nami, co spowodowało ciarki na moich plecach. Tętno mi wzrosło, a oddech znacznie przyśpieszył. Miałem ochotę zmienić się w wilka i zacząć drapać ściany, byleby tylko się wydostać. Florze przestało być do śmiechu, znów chwyciła mnie za dłoń, za co byłem jej wdzięczny.
- Uspokój się… - widząc, że nijak mi to pomagało postanowiła odbiec od tematu wąskiej przestrzeni. – Tak w ogóle, ciekawą piosenkę wymyśliłeś. Nie wiedziałam, że tak wiele słów rymuje się ze słowem „mnie”. – jej uśmieszek się rozszerzył, a ja się tym samym odrobinę rozluźniłem, na myśl o tym więziennym przedstawieniu wokalnym. Rozmowa znów zaczęła się kleić, a my ruszyliśmy przed siebie. Kilkakrotnie Mah musiała mnie jeszcze uspakajać, ale starałem się zachować powagę.
- Twój ojciec mnie przeraża… - powiedziałem w okolicach celu naszej podróży, masując policzek i zdrapując z niego zaschniętą krew.
- Fakt, może jest trochę nadopiekuńczy i złośliwy, ale zrobił to dla mojego dobra… Czekaj. – zatrzymała mnie i musnęła palcami ranę na mojej twarzy, która natychmiastowo zaczęła się goić. Poczułem miłe uczucie, kiedy jej delikatna skóra zetknęła się z moją, które zostało przerwane, gdy niemiła pamiątka po spotkaniu z ojcem Księżniczki całkowicie zniknęła. Podziękowałem serdecznym uśmiechem, jednak ona bardziej przyjrzała się odrobinie mojej krwi na dłoni.
- Dlaczego ona… Błyszczy? – zaciekawiła się znów.
- To raczej nic ciekawego. Ojciec opowiadał mi, że krew mojej matki była w kolorze złota, a ja odziedziczyłem po niej ten pył. To chyba jedyne, co o niej wiem. – mruknąłem lekko zdołowany. Smutek się jednak pogłębił, gdy okazało się, że dzień już dawno nastał, a droga się skończyła.
- Wygląda na to, że musimy się pożegnać. – podała mi rękę, miałem nadzieję, że jej też było odrobinę przykro.
- Ale czekaj… Co z tobą? Twój ojciec na pewno ukarze ciebie za moją ucieczkę twierdząc, że mi pomogłaś… - przypomniałem sobie.
- Dam radę. – odpowiedziała z nieszczerym wyrazem twarzy.
- Jakoś nie wierzę. Wolę już zostać skazany na śmierć, niż żyć ze świadomością, że mógł ci coś zrobić. Może… Ucieknijmy razem? – zaproponowałem.
- To głupi pomysł Nathan... Nic mi nie będzie, przecież nie skrzywdzi własnej córki. – pocieszyła mnie.
- A może mnie zabić za to, że podrywałem Księżniczkę? – roześmiałem się. Mam przynajmniej nadzieję, że mnie nie uśmierci.
- To po co urządziliśmy sobie tą wycieczkę? – spytała, chyba zawstydzona tym, że powiedziałem coś o poderwaniu.
- Po to… - zamruczałem całując ją delikatnie w policzek. – Wracajmy już, zanim się zorientuje, że zniknąłem. – dodałem zaplatając nasze dłonie i pobiegłem w kierunku lochów. Po chwili znalazłem się w mojej celi, bo w tym samym momencie Flora wpadła na Glory’ego, który chyba nie zauważył mojego zniknięcia. Chwyciłem kraty w ręce i pokłoniłem się wcześniej.
- Wasza Wysokość, jestem gotowy odpowiedzialnie przyjąć twój sprawiedliwy wyrok. – pobłażliwie zniosłem jego pogardliwe spojrzenie. Poczułem, że w ludzkiej postaci jeszcze bardziej odpycham go pod względem pyszałkowatości.

<Mahō, Glory? Nie zabijaj mi Natusia. :c>

piątek, 19 grudnia 2014

Od Nathaniela "Dołączam, śliczna cz. 5" (cd. Mahõ)

Byłem trochę zaskoczony jej „zamówieniem”, ale właściwie w tym samym momencie poczułem, że mam do czynienia z podobnym do mojego charakterem, na co zareagowałem uśmiechem również prosząc o alkohol.
- Podróżnik to za dużo powiedziane. Po prostu gdzie się znajdę, tam mnie nie chcą i na tym polega moja tułaczka. Chociaż nie mam z tym problemu, a dzięki temu mam spontaniczne życie bez żadnych zobowiązań. A ty, Księżniczko? Chyba nudzi ci się w wieży, skoro siedzisz w takiej spelunie. - zagadałem podskórnie czekając za naszymi piwami. Mam tylko nadzieję, że ceny tutaj nie są wygórowane, bo prócz kilku groszy w kieszeniach jestem całkowicie spłukany.
- Nie mów do mnie Księżniczko… Jakoś nie ciągnie mnie do zamku. - mruknęła pochmurna.
- Jeśli chcesz, wskoczę na swojego rumaka i z chęcią zabiorę cię w stronę zachodzącego Słońca. - rozweseliłem ją pokazując z uśmiechem język.
Podeszła do nas urocza kelnerka z tacą i kładąc dwa kufle na stoliku zażyczyła sobie 12 BM. Oczywiście nie miałem w posiadaniu takiej waluty, więc grzebiąc w prawie pustym portfelu liczyłem starannie każdy grosz. Na szczęście barmanka była na tyle wyrozumiała, że widząc mnie w towarzystwie Mahõ wzięła ode mnie drobne.
- Tyle starczy. - rzuciła mrugając porozumiewawczo i poszła w kierunku następnych czekających za trunkiem. Odetchnąłem cicho z ulgą i zacząłem jeździć palcem po krańcu szklanki wydając przy tym charakterystyczny, melodyjny odgłos. Tak bardzo pochłonąłem się tym zajęciem, że nawet nie zauważyłem jak moja towarzyszka opróżniła już swój kufel, czkając przy ostatnim łyku. Oderwałem się od naczynia i razem się zaśmialiśmy, ale w takim tempie dziewczyna roztrwoni moje oszczędności po drugiej kolejce, którą oczywiście z uprzejmości od razu zaproponowałem. Z chęcią przystała na tą propozycję.
- Ale najpierw sam wypij. Chcę mieć pewność, że nie masz zamiaru mnie upić. - zachichotała. I kolejny raz powtórzyła się sytuacja, w której musiałem stawić czoło z kończącymi się zasobami pieniędzy. Ze zdenerwowania przed upokorzeniem na moim czole pojawiły się drobne kropelki potu, jednak kelnerka wyczuła co się dzieje.
- Do końca wieczoru na koszt firmy. - uśmiechnęła się, a ja niemo poruszyłem ustami na kształt słowa „ dziękuję ”. Znów razem wypiliśmy ciecz w kolorze złota zwieńczoną białą pianą. Gdy tylko dostała mi się ona do gardła skrzywiłem się, czego Mah Shianuraoztanades’owi dzięki nie zauważyła. Zapomniałem już jaki smak ma piwo, pewnie dlatego, że gdy je spożywałem, to w takich ilościach, że następnego dnia nie wiedziałem nic poza tym, że jeśli zaraz nie wypiję dwóch butelek wody to głowa mi eksploduje. Przy kolejnej już turze to ja podszedłem do lady, żeby spokojnie podziękować waderze, która uratowała mnie od niezręcznej sytuacji.
- Nie dziękuj, zapłacisz jutro. A jak nie, to ona się dowie. - skwitowała z wrednym uśmieszkiem i podała następną porcję tego ziemskiego nektaru. Do miejsca pracy barmanki podchodziłem jeszcze kilka razy, chwiejąc się coraz bardziej przy późniejszych podejściach. W końcu, gdy już mocno się u niej zadłużyłem, a moja rozmowa z Florą schodziła na coraz dziwniejsze tematy stwierdziłem, że pora się zmywać. Samica zerknęła na godzinę, a kiedy ze spóźnionym refleksem zorientowała się, że już od dwóch godzin powinna znajdować się w pałacu wybiegliśmy z Knajpy.
- Ojciec mnie zabije… ojciec mnie zabije… - powtarzała miarowo z bijącym sercem.
- Spokooooojnie, wszyyyystko się ułooży. - mruczałem wyszczerzony, stąpając w nienormalny i prawie niemożliwy anatomicznie sposób łapami. Ona posłała mi tylko rozzłoszczone spojrzenie, wiedziałem co za chwilę nastąpi.
- To wszystko twoja wina! - zaznajomiony już z tymi słowami prawie równocześnie z nią powiedziałem w głowie to zdanie. Spróbowałem udawać, że spoważniałem.
- Księżniczko, uspokój się. Zwal to na mnie, co mi może zrobić, skoro nawet nie jestem w tym królestwie? – wyrównałem nasze kroki i zbliżyłem się trochę do niej. Dopiero wtedy zauważyłem, że mimo mnóstwa rozgrzewającego napoju w naszych żołądkach ona trzęsła się, może ze strachu, a może z panującego chłodu. Na krótką chwilę zmieniłem się w człowieka i nonszalancko okryłem ją kurtką, niczym wyjęty z Hollywoodzkiego filmu. Zwykle w następnych scenach takiego filmu spita parka całuje się i ląduje razem w łóżku, ale w naszej sytuacji nie było to za bardzo możliwe (a szkoda…), bo doszliśmy już do zamku, a w naszym kierunku zmierzały dwa dorosłe wilki z chęcią mordu w przekrwionych ze złości ślepiach. W innych okolicznościach cmoknąłbym ją w policzek i zniknął, ale była tak blada z przerażenia, że taka myśl nawet nie przeszła mi przez głowę. Niczym rycerz gotowy na śmierć w blasku chwały stanąłem przed nią i nabierając powietrze w płuca wypiąłem klatkę piersiową, przygotowując się mentalnie na zasłużony ochrzan.

< Mahõ? >

piątek, 12 grudnia 2014

Od Nathaniela "Dołączam, śliczna cz. 3" (cd. Mahõ)

Patrzyłem na odchodzącą czarną.
- Hej, zaczekaj! - podbiegłem do niej z nonszalanckim uśmieszkiem.
- Skoro już wpadłem na anioła, może dołączę do tego raju? - kolejny powalający tekst z mojej strony i kolejna jej niewzruszona reakcja.
- Jak chcesz.. Ale przestań plątać mi się pod łapami. - mruknęła rozdrażniona moim zachowaniem. Jeszcze nigdy żadna wadera nie powiedziała takich słów kierując je na moją osobę. Niestety, wpisałem ją już na listę. Przyjrzałem jej się dokładniej. Idealnie krucze futro zwieńczone różowymi detalami przyciągało wzrok. Dodatkowo głębokie ślepia i ozdoby za uchem nadawały jej iście perfekcyjny wygląd.
Czyli to pewnie uroda nadrabia jej antyromantyczny charakterek - pomyślałem z przekąsem.
- Gdzie tak właściwie idziemy? - zapytałem twardo podążając obok niej, chociaż kilka razy próbowała mnie wyprzedzić.
- Zaprowadzę cię do Mahõ, odpowiada za rekrutację do królestwa. Musisz przy niej znormalnieć... Albo zachowuj się tak jak teraz, nie przyjmie cię i mój problem zniknie. - zaśmiała się cicho przez nos.
- Jakim cudem różowe pazurki wadery są tak ostre, a piskliwe uwagi tak uszczypliwe? - próbowałem się odgryźć i chyba mi się udało, bo nie odpowiedziała. Szła tylko coraz szybciej i mocniej stawiała poduszki na ziemi, chcąc rozładować złość. Doszliśmy do jakiejś karczmy we wręcz średniowiecznym klimacie.
- Powinna tu być. - burknęła i ruszyła dalej zostawiając mnie przy wejściu.
- Do następnego razu, śliczna. - mrugnąłem do niej uśmiechnięty i wszedłem do środka. Tam rozejrzałem się dookoła. Przy jednym z okrągłych stolików, na czymś siedzeniopodobnym wzorowanym na beczce spoczywała zadowolona, szarawa płeć żeńska ze skrawkami zielonych skarpetek, wewnętrznej stronie ogona, uszach i końcówce pyszczka w tym samym odcieniu. Prawie oniemiałem na widok jej limonkowych oczu za zasłoną pasm brązowych włosów ombre. Podszedłem do niej luźnym, spokojnym krokiem poprawiając wcześniej fryzurę.
- Można się przysiąść? - z uwodzicielskim uśmiechem na ustach i iskrzącymi ślepiami usiadłem po drugiej stronie stolika.


<Mahõ?>

wtorek, 9 grudnia 2014

Od Nathaniel'a "Dołączam, śliczna. cz. 1" (cd. Jakaś chętna pięknolica?)

Wstałem wcześnie rano. Kolejny dzień, kolejny hotel po kolejnej ciężkiej nocy. Tylko mój uciążliwy charakter pozostał taki sam. Rozejrzałem się po pokoju. Gdyby ktoś rozpętał huragan w czterech hotelowych ścianach i wywrócił go do góry nogami to i tak nie przypominał by w najmniejszym stopniu pomieszczenia w którym aktualnie się znajdowałem.
Po odświeżeniu się i przebraniu w coś co nie wyglądało jak ścierka do podłogi wyszłem lub raczej uciekłem z budynku unikając recepcjonistki. Była śliczna, ale bukiet  raczej nie zrekompensuje poturbowanego pokoju na jedną nieopłaconą dobę. Ostatecznie opuściłem miasto i wędrując po wsiach dotarłem do dużej puszczy.
- Może wreszcie poznam kogoś mojego gatunku. - powiedziałem przemieniając się wcześniej w moją prawdziwą, wilczą postać.
- Nathaniel! - wykrzyknęła znana mi osóbka.
- Lucy? Skąd ty się wzięłaś?! - prawie dostałem palpitacji serca, gdy nienaturalnie brązowa wadera skoczyła i przygwoździła mnie do ziemi.
- Wiesz ile zdrowia mnie kosztujesz? Szukam cię już od miesiąca! Jak się czujesz? Nie złamałeś sobie nic? - samica zeszła z moich łap i obejrzała je dokładnie.
- Jestem zdrów jak ryba, nie traktuj mnie jak dziecko... - prychnąłem z uśmiechem.
- Muszę cię pilnować, a do poziomu dziecka w moich oczach jeszcze wiele ci brakuje. - zachichotała i rozczochrała moją grzywę.
- Bardzo zabawne. Okej, jestem okazem zdrowia i nie głoduję. Możesz sobie już iść. - poprawiłem zniszczone uczesanie i ruszyłem przed siebie.
- Ale mnie traktujesz... Ledwo osiągnąłeś pełnoletność i się wymądrzasz. Dobra, skoro chcesz to znikam. Przygotuj się, że jeszcze wpadnę. Na razie młody! - pokazała mi język i pobiegła przed siebie. Odprowadziłem ją wzrokiem. Zawsze zazdrościłem jej sprawności fizycznej, co nie znaczy, że sam jestem słaby. Po prostu była szybsza ode mnie, co działało mi na nerwy.
Truchtem przemieszczałem się dalej, aż w końcu natrafiłem na czyjąś obecność. Niezwykłej urody płeć piękna właśnie przemierzała wydeptaną przez watahę ścieżkę. Chwyciłem w kły przypadkowy kwiatek i wyskoczyłem z zarośli.
- Witaj pięknolica damo, mogłabyś się już zarumienić i pożyczyć pieniądze? Potrzebuję ich by odwiedzić dentystę, bo kolce tej róży poważnie zraniły mi dziąsła. - wyszczerzyłem się i wycedziłem, bo roślina utrudniała mi mowę.

<Chętna?>